Upalne czerwcowe popołudnie nieźle dawało w kość, na ulicach miasta jak zwykle o tej porze korki, nie kończące się sznury samochodów w żółwim tempie przesuwały się w kierunku skrzyżowania w oczekiwaniu na zielone światło. Żar lejący się z nieba wyciskał z ludzi ostatnie poty. W samochodzie z włączoną na najwyższych obrotach klimatyzacją czas mijał mi na słuchaniu „To love you more” Celine Dion. Muszę przyznać, że od dawna nie odczuwam żadnego zdenerwowania jadąc przez zakorkowane miasto, ulubiona muzyka koi nerwy, a ten czas w samochodzie wykorzystuję zwykle na rozmyślania i refleksje. Tak było też tego dnia, pamiętnego 13 czerwca 2016. Minął nieco ponad rok od śmierci mamy. Rok żałoby, niewyobrażalnego żalu i rozpaczy, wszechogarniająca pustka, mimo że mam przecież cudowną rodzinę. Przez prawie rok żyłam jak w transie, niewiele pamiętam z tamtego okresu, poza tymi najtragiczniejszymi wydarzeniami – telefon, że mama jest nieprzytomna, lekarze pochyleni nad mamą w mieszkaniu, szpital… Czas po jej odejściu był bardzo trudny, powracające obrazy z przeszłości, brak codziennych rozmów przez telefon, tęsknota za jej głosem i relacjami co się właśnie u niej czy u mnie wydarzyło. Barwne opowieści o jej przyjaciółkach i znajomych, o których istnieniu wiedziałam, ale ich sprawy były dla mnie zbyt odległe, żeby je w jakiś uporządkowany sposób przyswoić. I ten jej zatroskany głos:

– Oj córeczko! znowu masz migrenę?, to już cię dziecko nie męczę rozmową, idę się modlić, żeby jak najszybciej przestała cię boleć głowa – Moja Kochana Mama wszystko „załatwiała u góry”, to było piękne. Była głęboko wierzącą osobą i ufała, że modlitwa załatwi wszystko, a dla niej dobro jej dziecka było zawsze na pierwszym miejscu.

Czas nie leczy ran, kto stracił kogoś bliskiego, wie że to nieprawda. Rok to czas, którego potrzebowałam, żeby ostatecznie pogodzić się, że Mama odeszła. Nie było mi wcale lepiej, nadal tęskniłam i miałam ogromną pustkę w sercu, ale pomału wracałam do życia, miałam przecież rodzinę, która mnie potrzebowała, biuro, które omal nie legło w gruzach, bo nie byłam w stanie ogarnąć wszystkiego mając w sercu żałobę. Tak, ten rok był bardzo ciężki, ale musiałam stawić czoła wyzwaniom, które miały na mnie czekać w najbliższym czasie.

Powrót z urzędów do biura zapowiadał się spokojnie, bez niespodzianek. Pora popołudniowego szczytu komunikacyjnego jest zawsze trudna dla wszystkich, każdy bez wyjątku chce jak najszybciej znaleźć się wreszcie w domu. Zakorkowane miasto nie robiło jednak na mnie wrażenia. Rozmyślałam o przeszłości, o wyjaśnieniu nurtującej sprawy i o tym, czy moje podejrzenia się potwierdzą. Od dłuższego czasu czułam niepokój, bo wiedziałam, że sytuacje sprzed lat układają mi się w logiczną całość. Awantura w dzieciństwie, podczas której usłyszałam druzgocące słowa, mama zawsze ratująca sytuację, jej tłumaczenia, że „to nic”, że „w złości różne rzeczy ludzie mówią”. Uspokojona jej słowami odpuściłam temat na długo. Bardzo długo…

Nie wiem dlaczego zamiast jechać prosto do biura skręciłam w prawo do Urzędu Stanu Cywilnego. Czułam, że muszę tam jechać ostatecznie rozstrzygnąć sprawę, która od lat nie daje mi spokoju. Wielokrotnie planowałam wyjaśnić zagadkę, ale zawsze coś mnie powstrzymywało przed odkryciem prawdy. Za życia mamy miałam świadomość faktu, że nie będę potrafiła ukryć tego czego się dowiedziałam, a ponieważ była cudowną matką wiedziałam, że sprawiłabym jej tym ogromną przykrość. Dlatego moje zapędy do wyjaśnienia rodzinnej tajemnicy tliły się nieśmiało od czasu do czasu, ale skutecznie były wygaszane mniejszym lub większym rozsądkiem. Na tamten moment nie była to najwyraźniej sprawa priorytetowa, dość szybko zapominałam o temacie i żyłam z dnia na dzień. Do owego 13 czerwca, kiedy ostatecznie postanowiłam rozprawić się z przeszłością.

Podjechałam pod budynek urzędu w Nowej Hucie. Zaparkowanie samochodu jak zwykle w takich miejscach graniczyło z cudem, krążyłam więc po okolicy w poszukiwaniu miejsca postojowego, a w głowie mętlik i niewyobrażalny strach o to czego się dowiem. Niestety rozum mówił, że nie ma złudzeń, ale w skrytości ducha miałam nadzieję, że może jednak to się nie potwierdzi. „I co zrobię z tą wiedzą? – myślałam – mówić w rodzinie czy zachować dla siebie?”

Po okrążeniu budynku urzędu bez szans na znalezienie wolnego miejsca, wjechałam desperacko w bramę prowadzącą na jedno z osiedli Nowej Huty. Wcisnęłam swój niemały samochód pomiędzy dwa zaparkowane po bokach auta i przez wąski uchył w drzwiach wydostałam się na zewnątrz. Przez chwilę stałam na chodniku szukając wsparcia i otuchy, ale zdałam sobie sprawę, że jestem z tym sama, przyjechałam tutaj na własne życzenie i bez nikogo, kto chociaż potrzymał by mnie za rękę. Byłam już kłębkiem nerwów, adrenalina osiągnęła chyba najwyższy możliwy poziom, jakiego nie pamiętam, trzęsące ręce i pot na plecach nie ułatwiały sprawy. Miałam wrażenie, że krew z całego ciała uderzyła mi do głowy i brakuje jej w rękach i w nogach. Z trudem  zdobyłam się na wysiłek, żeby oderwać stopy od gorącego chodnika i  dotrzeć do gmachu Urzędu Miasta. Drzwi wejściowe stanęły przede mną otworem absolutnie bez żadnej mojej ingerencji. Cudownie! Nie wiem, czy potrafiłabym sama je otworzyć w tym stanie. W holu było względnie pusto. Czekanie na windę dłużyło się niemiłosiernie, obok mnie zgromadziło się już kilka kolejnych osób wpatrujących się w wyświetlane liczby na panelu. Klaustrofobiczne wnętrze dźwigu, ilość osób na metr kwadratowy, zaduch nie do wytrzymania, mieszanka różnego rodzaju perfum i potu, i mój poziom emocji przed odkryciem prawdy spowodowały, że brakowało mi powietrza. Z ulgą przyjęłam otwierające się drzwi windy, wypłynęłam z niej kompletnie bez sił i z pustką w głowie rozejrzałam się po korytarzu. Względnie szybko zorientowałam się w systemie załatwiania interesantów – pobrać bloczek i czekać na swoją kolej. Bezduszna maszyna „wypluła” mój bilecik z numerem 238, szybki rzut oka na monitor z wyświetlanymi aktualnie numerami obsługiwanych petentów, spojrzenie na mój bloczek i upragniona chwila odpoczynku. Usiadłam na jednym z niewielu wolnych miejsc i zlustrowałam sytuację, wszyscy  interesanci oczekiwali najpewniej na wydanie aktu urodzenia, małżeństwa czy zgonu. Kilku mężczyzn i kobiet czekało pod pokojem ZGŁOSZENIA URODZEŃ – jakie to musi być ekscytujące zgłaszać oficjalnie swoje maleństwo do urzędu …

Starałam się zebrać myśli, moja pozycja w kolejce była na tyle odległa, że miałam czas na zastanowienie – szybki scenariusz rozmowy z inspektorem – „chciałam się tylko dowiedzieć, zajrzeć do akt, nie potrzebuję tego na piśmie”. Nauczona jednak doświadczeniem szybko uznałam, że nie ma nic na słowo – chcąc dowiedzieć się czegokolwiek, trzeba być uzbrojonym w wypełniony wniosek o udostępnienie danych. Opuściłam swoje miejsce w szeregu oczekujących i skierowałam się w stronę szuflad z czystymi drukami. Stolik z kilkoma krzesłami był oblegany, wszyscy w skupieniu wypełniali wnioski. Gdzieś w bocznym korytarzu na ścianie zobaczyłam wąski blat, który najpewniej miał mi umożliwić względnie wygodne wypełnienie druku. Nic bardziej mylnego! Znalezienie długopisu w torebce graniczyło z cudem, grzebanie wsród miliona paragonów, kosmetyków, drobnych monet i mnóstwa babskich drobiazgów było bardzo wyczerpujące, a jedyny dostępny w korytarzu długopis przejawiał cechy nadmiernego zużycia, no ale nie miałam wyjścia! Bezwładną ręką wyciskałam wszelkie potrzebne dane osobowe, co rusz poprawiając niedoskonałości długopisu… o losie!

Numerki na wyświetlaczu zmieniały się bardzo powoli, ale moja pozycja była całkiem dobra. Nareszcie! 238 ukazał się na tablicy, stanowisko 8 – tyle ósemek – pomyślałam i pospiesznie weszłam do wskazanego pokoju. Za długim drewnianym kontuarem siedziało kilku urzędników, każde stanowisko było oddzielone od sąsiedniego pionową zabudową i opatrzone odpowiednim numerem. Pani urzędnik, do której trafiłam, okazała się być młodą kobietą z  nieco znudzoną miną, najpewniej dlatego, że zbliżał się wielkimi krokami koniec jej pracy.

– Dzień dobry – powiedziałam najgrzeczniej jak potrafiłam, ale emocje sięgały zenitu – czy tutaj jest możliwość wglądu w pierwotny akt urodzenia, nie wiem, jakaś Księga czy coś takiego?

-Nie, nie ma niczego takiego, można wystąpić o wydanie Aktu Urodzenia. A do jakich celów pani potrzebuje? – odpowiedziała pani zza biurka.

-Chciałam coś potwierdzić lub zaprzeczyć, wystarczy mi tylko wgląd w akt zupełny, ale jeśli trzeba, to bardzo proszę – podałam jej koszmarnie wypełniony  wniosek o wydanie Zupełnego Aktu Urodzenia. Pani spojrzała na druczek i na mnie bez emocji – czy jest możliwy odbiór dzisiaj czy trzeba czekać? – kontynuowałam.

-Jeszcze proszę pani dowód osobisty – rzuciła w moim kierunku. -Wszystko zależy od tego czy pani dane są wprowadzone do systemu, data jest dość odległa (nie no super! – pomyślałam), jeśli nie to trzeba będzie poczekać kilka dni – odpowiedziała wpatrując się w monitor komputera i zerkając w mój wniosek.

Podałam szybko plastikowy dokument próbując jednocześnie wyczytać z jej oczu co widzi w monitorze komputera. Nagle inspektorka zbladła, wyglądała jakby zobaczyła ducha! Ja zdrętwiałam i praktycznie mogłam nie czekać na wynik jej poszukiwań – miała to wymalowane na twarzy.

-Jest pani w systemie – wydusiła z siebie i przyglądając mi się wnikliwie chyba próbowała mnie wybadać ile jestem w stanie przyjąć – rodzice nic pani nie powiedzieli? – zapytała, a pode mną ugięły się nogi.

-Coś przez przypadek usłyszałam dawno temu, ale nic nie mówili oficjalnie – odpowiedziałam łamiącym głosem, nie odrywając wzroku od jej twarzy. Urzędniczka pospiesznie podała mi małą karteczkę i z grobową miną powiedziała – proszę na dole w kasie zapłacić tą kwotę i wrócić do mnie po akt urodzenia. Porwałam karteczkę i już miałam zrobić obrót w kierunku drzwi, gdy usłyszałam od niej na odchodne – będzie miała pani czarno na białym.

Nie pamiętam jak pokonałam po schodach te kilka kondygnacji. Miałam uczucie totalnego otumanienia, praktycznie już znałam odpowiedź na moje pytania, ale uruchomiłam machinę i muszę to jakoś skończyć. Dobiegłam do kas na parterze, gdzie natknęłam się na pana Tadeusza! Z obłędem w oczach pospiesznie się przywitałam i powiedziałam, że bardzo przepraszam, ale nie mam czasu! Rozmowa w tej sytuacji nawet z tak lubianym przeze mnie człowiekiem była ponad moje siły. Miałam wrażenie, że pieką mnie policzki, nogi i ręce były słabe jak po gigantycznym maratonie. Podeszłam do okienka, sympatyczna kasjerka poprosiła o kwitek, który cały czas trzymałam w ręce. Szybko zapłaciłam i wróciłam po akt. Dzisiaj nie pamiętam czy wróciłam na górę windą czy biegłam po schodach. Te kilka minut mam wyrwane z życiorysu, czarna dziura, której nie potrafię w żaden sposób wypełnić, próbuję zacisnąć mocno powieki i odtworzyć sekunda po sekundzie tamte minuty, niestety bezskutecznie. Wbiegłam do pokoju, w którym czekała na mnie pani inspektor z moim aktem urodzenia. W międzyczasie musiała przyjąć następnego petenta, bo przy jej stanowisku już stał młody człowiek w białym podkoszulku. Pani wychyliła się zza stojącego przy blacie mężczyzny i podała mi dokument. Ostatkiem władz umysłowych, zważywszy na okoliczności, złapałam akt delikatnie składając go w pół i wybiegłam z pokoju. Nie patrzyłam na treść. Wiedziałam, że to co przeczytam, może mieć fatalny wpływ na mój powrót samochodem do biura. Ryzykownie podjęłam decyzję o samodzielnej wyprawie po akt urodzenia, rzeczywiście to był impuls, ale teraz należy zachować spokój i szczęśliwie wrócić do biura. Dotarłam do samochodu, otworzyłam drzwi z tyłu i wrzuciłam dokument na tylne siedzenie. Kartka wyprostowała się i bezszelestnie opadła na tapicerkę.

Odpaliłam silnik i starałam się zebrać myśli – akt jest z tyłu, nie będzie mnie kusiło spoglądanie na jego treść. No to teraz kierunek Prądnik! Wyjechałam z parkingu i szybko wybrałam numer Marzeny. Nie czekając nawet aż się odezwie natychmiast jej powiedziałam:

-Odebrałam Ciotka!

-Co odebrałaś? – zapytała zaskoczona.

-Akt odebrałam – wydusiłam z siebie i czekałam na jej reakcje. Pewnie powie: „po cholerę sobie tym zawracasz głowę”  

-I co tam jest? – już było słychać emocje w jej głosie. Ona doskonale wiedziała jak ważne jest dla mnie dojście do prawdy. Nie popierała tego absolutnie. Na moje nieśmiałe pytania czy ze mną pojedzie zawsze odpowiadała albo: „kiedyś”, albo: „ale po co ci to wiedzieć, jest dobrze tak jak jest, masz szczęśliwą rodzinę, piękny zawód, mama cię kochała, po co chcesz drążyć?” Traciłam jej wsparcie, czy jest tak mądra, że powinnam jej posłuchać i żyć swoim dotychczasowym życiem?! Chyba jednak czułam, że mnie nie rozumie, że rodzinna tajemnica coraz bardziej zaciska pętlę wokół mojej szyi i muszę to ostatecznie wyjaśnić dla własnego spokoju.

-No coś Ty Ciotka! nie czytałam nawet, przecież muszę jakoś dojechać do biura!

-No tak – przyznała mi rację – ale wymyśliłaś, sama się wybrałaś! Mogłam z Tobą jechać! – pewnie, że mogła! tylko, że ja wolałam nie pytać. To był impuls, który nie był zaplanowany, miałam być teraz w zupełnie innym miejscu. Jadę samochodem, sama, za mną na siedzeniu leży mój akt urodzenia, w którym jest cała prawda o mnie.

-Dobra! Wracam do biura, narazie! – pospiesznie się pożegnałam, a w głowie mętlik. Byle dojechać szczęśliwie na Prądnik. Tam przekonam się czarno na białym jaka jest prawda. Drogi do biura nie pamiętam, nie wiem czy grało radio, ale dotarłam na miejsce bardzo szybko. Wpadłam do gabinetu, rzuciłam akt na biurko i jednym haustem wypiłam duży kubek „kranówki”. Nigdy nie miałam aż takiego pragnienia! Chwila prawdy przed mną! Czas na mnie, chyba już pora zmierzyć się z zagadką, która tyle lat nie dawała mi spokoju!

Jedna uwaga do wpisu “Rozdział 1.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s